Jak zarobić, a się nie narobić? Zostać europosłem. Zobacz dlaczego

fot. Nicolas Raymond / flickr.com / CC-BY-SA

Żenujący i żałosny – taki obraz europarlamentarzysty, nie tylko polskiego, ale wszystkich nacji, wyłania się z książki „Parlament Antyeuropejski” autorstwa byłego polityka PiS Marka Migalskiego. Praca jest dla niego czymś obcym. Najważniejsze są pieniądze i nie ma tak niskiego poziomu, do którego nie zniży się przedstawiciel ludu w Parlamencie Europejskim, byle tylko dostać parę euro więcej.

Celem tego wpisu nie jest promocja książki, czy Marka Migalskiego. Jest nim na jej podstawie pokazanie, co reprezentują sobą europarlamentarzyści, jak bardzo łasy są na pieniądze. Wszystko co niżej opiszę opiera się na obserwacjach autora.

MEP, czyli Memeber of European Parlament otrzymuje około 7 500 euro wynagrodzenia podstawowego miesięcznie. Po odjęciu belgijskich podatków pozostaje mu 6 000 euro, czyli ponad 25 000 zł euro. To jednak tylko podstawa. Cała gra toczy się o dodatki.

Za każdy dzień w europarlamencie każdemu jego członkowi przysługuje dieta 304 euro na nocleg, jedzenie i inne wydatki związane z zakwaterowaniem w Brukseli lub Strasburgu. Przy założeniu, że dni roboczych jest 20 w miesiącu daje to drugą pensję, czyli kolejne 6 080 euro nieopodatkowanego dochodu.

Jak zarobić, a się nie narobić? Na to pytanie odpowiedź znaleźli europosłowie. Podstawą do otrzymania przez nich diety jest podpis na liście obecności. Nikt jednak nie kontroluje jak długo oni przebywają na sali obrad, czy pracują w komisjach. Dlatego też dla wielu z nich grafik tygodnia wygląda następująco:

poniedziałek

Cały dzień w Polsce, późnym popołudniem lot do Brukseli, przejazd do Parlamentu (którego koszty pokrywają podatnicy), podpis na liście, nocleg.

wtorek

7:01 – podpis na liście, przejazd na lotnisko, lot do Polski, od godziny około 11-12 czas wolny w swoim kraju,

środa

Cały dzień w Polsce, późnym popołudniem lot do Brukseli, przejazd do Parlamentu, podpis na liście, nocleg.

czwartek

Podpis na liście, obecność na obradach Parlamentu, nocleg

piątek 

7:01 – podpis na liście, przejazd na lotnisko, lot do Polski, od godziny około 11-12 czas wolny w swoim kraju

sobota, niedziela 

Pobyt w Polsce

Tym samym efektywnie MEP pracuje zaledwie jeden, jedyny dzień w tygodniu. Choć i to niekoniecznie, bo jako, iż obecność  na sali obrad nie jest weryfikowana, to może on w tym czasie zwiedzać miasto, albo po prostu imprezować. Żeby europosłowie się nie przepracowali, mogą oni pobrać dietę także za udział w obradach krajowego parlamentu, a konkretnie komisji ds. Unii Europejskiej. Tym samym wystarczy, że w środę zjawią się na chwilę na Wiejskiej w Warszawie, to mogą spędzić całą środę w kraju. Tym samym pobyt we właściwym miejscu pracy ogranicza się do zaledwie kilku godzin w tygodniu, dzięki czemu może w trakcie tygodnia brylować w krajowych mediach. W zamian otrzymuje się ponad 12 000 euro, czyli ponad 50 000 zł netto.

To jednak nie wszystko. By zaoszczędzić diety europosłowie nie śpią w hotelach, w tanich pensjonatach, czy nawet kilku w jednym pokoju, ale w… swoich gabinetach. Co prawda parlamentarni strażnicy mają pilnować, by do takiego procederu nie dochodziło, ale w praktyce nie mogą oni nic zrobić, bo MEP-y mogą przebywać w swoich biurach o każdej porze dnia i nocy. 

Co ciekawe „wybrańcy ludu” kombinują także na biletach lotniczych, za które i tak płacą podatnicy. Często latają na około z licznymi przesiadkami, byle tylko wylatać mile w programie Miles & More i korzystać z przywilejów oferowanych stałym klientom przez linie lotnicze. W grę wchodzi m. in. wstęp do poczekalni dla VIP-ów, bezpłatny nocleg w przypadku odwołania lotu, lot w pierwszej klasie, drogie alkohole, czy w przypadku lotu z przesiadką podwiezienie limuzyną (co najmniej klasy BMW serii 7) od drzwi pierwszego samolotu do drzwi drugiego lub do poczekalni.

Bruksela oferuje również kilometrówki, które są liczone według europejskiej (0,49 euro / km), a nie polskiej stawki (0,8775 zł/km).  W założeniu są one po to, by zwracać koszty podróżowania po okręgu wyborczym i spotykania się z wyborcami. W praktyce jednak stanowią dodatkowe źródło dochodu. Biorąc pod uwagę, iż ich limit wynosi aż 24 000 km rocznie, to europoseł może „dorobić” na nich 12 000 euro rocznie. Tym samym za kilometrówki z 2 lat może kupić całkiem wygodne auto średniej klasy.

MEP-y podobnie jak posłowie dysponują także środkami na biura poselskie i zatrudnienie asystentów. Na to pierwsze otrzymują 4 000 euro, a na drugie 18 000 euro. W sumie 22 000 euro, czyli ponad 90 000 zł miesięcznie. Choć za te pieniądze można z rozmachem prowadzić działalność polityczną poprzez np. tworzenie think tanków, to w praktyce większości europosłów pozostaje na to zaledwie 4 000 – 5 000 euro, które wydają m. in. na zatrudnianie swoich prywatnych „szoferów”, czy osób, które pomogły im w trakcie kampanii wyborczej. 

Co dzieje się z resztą? Resztę bierze partia z list których europoseł dostał się do Brukseli. Europoseł zatrudnia ludzi, którzy w praktyce nie pracują dla niego, ale dla ugrupowania. A co jeśli MEP powie „nie” temu procederowi? Odpowiedź jest oczywista. Nie ma co liczyć na ponowne miejsce na liście wyborczej swojej partii, a więc utratę wyżej opisanych apanaży.

To jednak nie koniec. Po zakończeniu kadencji, którą Migalski nie bez racji nazywa „turnusem”, każdy europoseł może liczyć na wypłatę podstawy wynagrodzenia przez kolejne pół roku, a jeżeli zasiadał w europarlamentarnych ławach co najmniej dwie kadencje, to przez 2 lata. Ponadto przez 3 miesiące podatnicy opłacają mu jeszcze loty do Brukseli oraz koszty utrzymania biura poselskiego.

Bycie wybranym do Parlamentu Europejskiego oznacza również zapewnienie sobie godnej emerytury. Jej wysokość zależy od ilości kadencji. Jedna daje 1 300 euro miesięcznie, a dwie i więcej 2 600 euro. Jak na polskie warunki to duże kwoty.

Jeśli doceniasz moją pracę, wrzuć coś na tacę:

32 1600 1462 0008 4922 6950 0011

BNP Paribas

You may also like...